Zafiksowany na Zorzę
 
Dość tego! Siedze w tej szyszkolandii pół roku, a zorzy jak nie było tak ni ma. Trza działać. Widać Goteborg i Sztokholm są za bardzo na południe. Przekopałem się przez skanery lokalnych linii lotniczych i odkopałem jakiegoś lokalnego wynalazka który za względnie sensowną opłatą zabierze mnie... a właśnie gdzie by się tu... O! mam! Kiruna. Dalej już tylko ruski Murmańsk. 200 km za kręgiem polarnym powinno wystarczyć na zorze nie ? ;) No to postanowione. Jeszcze nie wiem czy w ten czy w następny weekend. Bakteryjki od 300D ładują się radośnie w hotel, statyw "naoliwiony" i spakowany. Mapa parku narodowego Abisko z Google Map wydrukowana. Hoteli tam ni ma (a przynajmniej nie takie w których stać było by mnie na spędzenie 3 nocy, cztero-gwiazdkowy Scandic nie dla mnie). Jak będzie ciepło, to mam mojego starego tenta, który już nie jedną glebę w Szyszkolandii zaliczył, jak nie będzie (czyli jak będzie w nocy poniżej zera) to mam namierzony turystyczny camp (w Szyszkoladi takie cuś oznacza drewnianą sporą chałupę z bali ze stołem i kominkiem, free dla odwiedzających). Buty się suszą, piankowe gacie obserwacyjne spakowane. Powinienem przeżyć. Jak mnie niedźwiedzie polarne nie zeżrą to niedługo będą efekty w postaci opisówki na forum. Żyje się kurde raz!
 
Trzymać kciuki za prognozę magnetyczną: http://www.swpc.noaa.gov/pmap/gif/pmapN.gif
 
I niech jakiś szaman wymodli kawałek czystego nieba dla tego kawałka Skandynawii!
 
 
POLUJĄC NA ZORZE
 
Noc pierwsza - Czyli o pewnym łosiu, co mu się zdawało. 
 
(Słowo wyjaśnienia. Przeczytałem wypociny tego mapeta i uznałem, że mają tyle wspólnego z prawdą, co obietnice wyborcze, więc podpinam słowo komentarza. Zostałem zesłany z drugiego kręgu za pewne... hmmm... “wykroczenia” i przydzielony jako Demon Cieć do tego łosia. Mam pilnować jego zatuczone dupsko, nim nie dopełni się plan. No to cieciuję, ale im dłużej z nim jestem, tym bardziej jestem przekonany, że wyznaczona kara jest nieadekwatnie za wielka do popełnionych występków. Takiego beznadziejnego przypadku jeszcze nie miałem)
 
Plan był prosty. Wyszukać możliwość dostania się w rejony bywania zorzy na tyle tanią, aby udźwignął to mój portfel. Kupić bilety, przygotować sprzęt i jazda. Proste plany, to skuteczne plany. (Tia... bez paru mentalnych kopniaków, w trakcie tego radosnego planowania, nie wydostałby się nawet z Kiruny, ale nie uprzedzajmy faktów). Sporządziłem listę potrzebnych toolsow, przygotowałem cieple ubranie, termosik, trochę prowiantu, statyw, aparat, zapasowa baterie, podrukowałem rozkłady jazdy lokalnego transportu publicznego, mapkę rejonu z Googli, zapasową bieliznę, namiot, śpiwór, kompas... wszystko? Wygląda na to, że wszystko. (Co za łosiu. To nawet na pierwszy rzut oka ta lista śmierdzi na kilometr. Widzicie czego brakuje nie? A ten ślepy młotek nie widział... Ale niech się cieszy... jeszcze przez jakieś 20 godzin.) 
 
W piątek wieczorem wylot z Szyszkogrodu. W biurze ciepnąłem plecaczek i namiot pod biurko, żeby nie rzucał się w oczy, siatka z piankowymi gaciami obserwacyjnymi do szuflady i do testów. Jeszcze tylko 8h i ruszamy na lotnisko. Oczywiście nie ma lekko, coś musiało się sypnąć (to nie ja! Naprawdę!) Laptop padł po godzinie pracy. Trup. Czarny ekran... Łaaa! Bilety! Mam niewydrukowany bilet! Pół biura postawiłem na nogi, ale w końcu udało mi się odzyskać i wydrukować potwierdzenie opłacenia rezerwacji, ufff. To nawet lepiej. Co się miało zawalić to się zawaliło, przydział pecha wyczerpany. Czysta sytuacja już na starcie. Dobra nasza. (aha, jaaasne)
 
Po przebiciu się przez korki dotarłem na lotnisko i przeszedłem bez większych problemów przez check-in. (Zapomniało się biedaczysku wspomnieć jaką panikę wywołał, nie mówiąc o termosie w hand luggage. Zamiast ostrzec, ze ma kawał metalu w plecaku, po prostu rzucił go na taśmę i zadowolony władował się do bramki. Żebyście widzieli miny ochrony jak wyciągał z plecaka metalowy termos i odkręcał go, żeby pokazać, ze jest empty. Heh, miałem niezły ubaw, spięli się jakby patrzyli na uzbrajany właśnie pocisk artyleryjski... hihi aurę mieli aż błękitna z napięcia ;) ). Powędrowałem do tablicy odlotów i zacząłem poszukiwania mojego samolotu... Kurde... Ni ma  :blink: ... Heh, no dobra, jeszcze raz. Szyszkograd, Szyszkowo, Szyszkoń, Szyszkownia, Szyszków... a gdzie Kiruna? Trochem się znerwował. Ale przecie by dali znać, ze coś nie ten tegos z lotem... chyba... nie dali by? Poczłapałem do informejszyn.
 
- skjuzmi, mejbi junoł samfink abołt flajt tude Kiruna?
- łanmoment. Jes, oł is okej. Juhew bording time ten pastnajtin. Gejt fertifajf.
- Fenkjuwerymacz.
 
Kurde, ślepy jestem czy jak? No ale dobra. Trzydzieści pięć, to trzydzieści pięć. Wsio haraszo. Idziemy. No, jestem pod właściwym wejściem. Nawet spory tłumek, ale... ale to nie jest samolot do Kiruny! Kurde, spokojnie Bruner. Wszystko pod kontrolą. Przecież to niemożliwe, ze cale lotnisko zmówiło sie, żeby zrobić cie w trąbę (a, wspominałem już ze gość ma manie wielkości?). Numer lotu się zgadza. Godzina się zgadza... tylko kurde miasto inne. Ale dobra. Może lotnisko jest w jakimś pipidówku obok, nawet prawdopodobne, nie będę szopek odstawiał. (co za łoś, ciężko mu było podejść i dopytać co jest grane? Daleko miał? A tak z nerwów zeżarł polowe przygotowanego prowiantu, zanim w ogóle wyruszył. A właśnie, wspominałem jaki prowiant sobie przygotował? Nie? Ja pierniczę, normalnie szopka. Na dwa dni i trzy noce zabrał ze sobą dwie czekolady i paczkę orzeszków przytarganą jeszcze z wakacji w Grecji... i jedną z tych czekolad właśnie zeżarł... ja pierdziele, z kim ja muszę pracować.). Przy wydawaniu bording passów załapałem, o co biega. Samolot ma międzylądowanie w innej pipidówie. Potem leci do tej nieszczęsnej Kiruny, wszystko gra... wszystko? A gdzie jest mój seat number?
 
- skjuzmi, łer my sitnamber riten is?
- a sit namber? Its fri.
- oł, kenaj tejk łan next tude pajlot?
 
No dobra, dobra, to był żart, co, turysty nie widzieli? (łoś, no po prostu łoś) Załadowałem się do samolotu. Ciepło, ciemno, zasnąłem. Obudził mnie wstrząs lądowania. Kiruna? Nie, to ta pośrednia pipidówa. Idziemy spać
 
- skjuzmi... skjuzmi, heloł. Łi ar onde plejs.
 
Aha, jestem na miejscu. Dochodzi dziesiąta. Czas na show. 
 
Pierwsze co zarejestrowałem to zimno... O kurde. Jest może z piec stopni. Wilgotno, niskie chmurwy, lekko wieje, ale syf. Doczłapałem się przez płytę lotniska do wyjścia. Kurde, gdzie są wszyscy? Na kręciole smętnie lata w kółko mój tent i jakaś damska torba w kwiatki... Ale numer. Poszli sobie. Zabrałem tenta i wyszedłem przed budynek lotniska. Ciemno. Siąpi. Zimno. Pusto. Samolot żałośnie zajęczał gasząc silniki... Na horyzoncie majaczą światła Kiruny. Kurde tak na oko, to to miasteczko jest wielkości naszych Koluszek... Taxi? Bus? Halo, cywilizacjo? Gdzie jesteś? Chciałbym do miasta... Cisza. Zamilkł nawet kręcioł bagażowy smętnie rolujący gumę z jakąś, zapomnianą papierową torbą w kwiatki. Tia... Trza by skołować transport do miasta. Na oko jakieś 5, 10 kilometrów. Jakby co, to paniki nie ma. (chojrak... na razie...) Idę do płotu obwieszonego adwertami. Przewozy turystyczne. Tylko sezon letni, koszt... bla bla, Hotel Yellow House, czynne cala dobę w okresie 14.06-26.09 bla, restauracja PingPongPeng bla bla, o jest, Taxi Kiruna, to order call ... No dobra. A prefix? O w mordę... Może jest na jakimś innym adwercie. Szukam gorączkowo jakiegokolwiek prefiksu przed telefonem na reklamach i z narastającą paniką nie mogę nic znaleźć. (no dobra, to jest właśnie jeden z tych momentów gdy muszę łosia wyciągnąć za rogi, bo się przytopi, czas działać.). Na szczęście z budynku lotniska wyszedł jakiś gościu, chyba ktoś z personelu. Powinien szprechać po anglikańsku, muszę go tylko dorwać zanim mi go zgarnie ten samochód, który właśnie wjechał na parking. Podchodzę do witającej się rodzinki, już mam rozdziawić gębę w sakramentalnym „skjuzmi”, gdy z tylnego siedzenia wystrzeliła w moim kierunku biała torpeda. (!) Ke? 
 
Dobry piesek, no już nie liż mnie. A idź w cholerę, wcale cie nie lubię. Zostaw moją czapkę łachudro. No paszoł won sierściuchu jeden. Właściciele entuzjasty też byli kompletnie zaskoczeni. Próbując odciągnąć cholerę i przepraszając za zajście, jakoś tak od słowa do słowa zgadaliśmy się i zamiast informacji o lokalnych prefiksach, dostałem darmową przewózkę do centrum Kiruny. Fajnie, tylko mam czapkę przemoczoną psią śliną. Ale jest OK. Zlokalizować stacje kolejową, potwierdzić rozkład jazdy i znaleźć możne jakiś nocleg... chociaż... tak, chyba widzę dziurdzie w chmurwach, malutka bo malutka, ale świeci coś przez nią... a może by zapolować? ... Najpierw stacyjka. 
 
Po kolei. Najpierw krótkie info. Kiruna to sezonowe miasto. Żyje z gigantycznego molocha drugiej co do wielkości kopalni żelaza na świecie. W lato ma parę atrakcji turystycznych. W zimę to po prostu zamknięta na głucho sypialnia pracownicza, utopiona w industrialnym brzęczeniu molocha kopalni. Datą graniczną jest 26.IX. Dzień w którym zamykają się hotele i restauracje, autobusy przestają jeździć, a na torach kolejowych poza gigantycznymi transportami rudy i dwoma ekspresami do Narviku nie pojawia się nic. Tia.. czyli jestem o jakieś trzy tygodnie za późno. Nic to, mam tenta, potwierdzony rozkład jazdy liczący cale dwie pozycje, a wzmagający się wiatr rozpruwa coraz skuteczniej niskie białe chmurwy. Nie ma to tamto. Trzeba zapolować na zorze, jest szansa. Pierwsze to opuścić lunę miasta. Na południu kopuła kopalni, tam nie ma czego szukać, ruszamy na północ.
 
 
 
Krowa jest niesamowita, klimaty trochę jak z bliskich spotkań trzeciego stopnia. Z centrum Kiruny sprawia wrażenie większej od całego miasta, heh, może nawet jest większa. Cale osiedle utopione jest w mechanicznym, jednostajnym pomruku kopalni... twórcy industrial techno powinni odwiedzić obowiązkowo Kirunę coby załapać czym jest klimat przytłoczenia.
 
Po ok. pół godzinie marszu opuściłem granice miasta. Zrobiło się ciemno. Nitkę szosy otaczają powykręcane, rachityczne, rzadkie brzozy. Wyglądają na chore. Po wdrapaniu się na niewielkie wzniesienie oceniłem sytuacje. Na południu luna kopalni i Kiruny. Na północy i zachodzie niewielkie pojedyncze rozświetlenia, jakiś szperacz wali w niebo na północnym wschodzie. Kopalni już nie słychać. Wiatr przewala ostatnie strzępy chmur. Niesamowita droga mleczna. Wenus i Łysy jeszcze pod horyzontem. Ale zimno. 
 
Idę dalej. Ktoś wyłączył szperacz. Zniknęła tez jedna z pomniejszych łun na północnym zachodzie, fajnie, robi się naprawdę ciemno. Kolejne wzgórze. Kurde, co jest. Znowu widać łunę na północnym zachodzie. I kolejny szperacz wali w górę nieco na wschód... zaraz, chwila, jakie szperacze? Jakie łuny? Łun nikt nie włącza i wyłącza co kwadrans... o w mordę. To nie łuny!!! To zorza!!! Ja pierniczę... szok. Zupełnie nie tego się spodziewałem. Na fotkach po kalendarzach mamy piękne kolorowe esy floresy na niebie, ale pewnie dlatego trafiły do kalendarzy, bo są takie piękne i niestandardowe. Codzienna zorza jest inna. To zwiewne duchy niebieskiego i zielonawego światła przewalające się dynamicznie przez niebo. Czasami wykwitają slupy fioletowawego światła sięgające aż po linie gleby, o rany, jest OGROMNA! Na pół nieba! 
 
Focić! Zgrabiałymi łapami wyciągam aparat i statyw. Ustawiam ISO, przesłonę, kotłowanina z wężykiem. Rozstawić, statyw, głowica... kurde gdzie ja ją wsadziłem?... (tiaaa....) O w mordę... Nie zabrałem głowicy foto... Aaaaaaaargh! To niemożliwe. No po prostu bez sensu. Musiałem ją zabrać! Jeszcze z pięć minut przetrząsam plecak, choć wiem, ze jej nie wziąłem. Po szosie wala się kupa porozrzucanych gratów, głowicy nie ma. (Łoś, no po prostu łoś. Mówiłem?) Ja pierniczę, ale wtopa. Ale nic to, trzeba walczyć czym się ma... tyle, ze zorza zgasła... No nieeeeee. Czekam dziesięć minut. Dwadzieścia. Nic. Ciemno, wiatr tylko wyje. Zaraz mi łapy z zimna odpadną. Czekając na zorze wykombinowałem względnie skuteczny system focenia “ni to z ręki, ni to ze statywu” bez głowicy oczywiście. Daje się łomotać kilkudziesieciosekundowe fotki i co któraś, wychodzi nieporuszona. Pół godziny. Zorzy nie ma. Załadowałem wszystko z powrotem do plecaka. Może jeszcze się pojawi. 
 
Poszukałem sobie jakiegoś wgłębienia osłoniętego od wiatru. Rozstawiłem namiot szamocząc się trochę z przytwierdzeniem go do gleby. Rozstawiłem statyw, uczepiłem aparat w chwiejnej równowadze i czekam na zorze (Ta, wszystko fajnie, tylko Łosiu znowu zapomniał powiedzieć jak to wyglądało naprawdę. Najpierw akcja z miejscem pod namiot. Głąb szukał koniecznie czegoś z dobra ekspozycją na północ, co nie było takie znowu łatwe, bo do okola rośnie ten rachityczny zagajnik pokręconych, karłowatych brzóz. Oczywiście w pierwszej chwili chciał rozstawiać namiot na wyeksponowanym grzbiecie, musiałem się uciec do bezpośredniej manipulacji podświadomością, żeby sobie poszukał wgłębienia w gruncie. Trochę nie do końca zajarzył młotek, bo wybrał sobie jakieś stare, zbite, nieckowate usypisko ni to żwiru ni to otoczaków. Nawet nie pytajcie jakie szopki odstawiał, żeby przytwierdzić do tego namiot za pomocą delikatnych aluminiowych śledzi. No myślałem, ze się załamie patrząc na ten cyrk). 
 
Przyszła trochę po północy. Najpierw delikatny wieniec zieleni jakieś 40¤ nad horyzontem, potem dwie male fioletowe flary na północnym zachodzie i jeszcze kilka szerokich słabych muślinów. Walcząc z aparatem coś wydziergałem. Po pół godzinie poszła sobie na dobre. Stałem marznąc do pierwszej w nocy. Ale w końcu wiatr wyjący coraz silniej zgonił mnie w febrze do namiotu. Pod podeszwami chrupał lód. 
 

 

 

 

 

O świcie, telepany wstrząsami z zimna wyczołgałem się w lodowatą białą mgłę. Lód w okolicznej kałuży trzeba było zdrowo kopnąć, aby pękł. Musiało być parę stopni poniżej zera. Zwinąłem szpej i ruszyłem w kierunku miasta. O dziesiątej pociąg dalej na północ. 
 
Droga z noclegowni na wypizdowiu z powrotem do Kiruny trochę mnie rozgrzała. Biała lodowata mgła zaczynała rozłazić się na długie węże wilgoci snujące się po opustoszałych ulicach. Tez niezłe klimaty. Przewędrowałem centrum Kiruny w sobotę o ósmej rano, spotykając jednego przechodnia i kilka samochodów wlekących się w kierunku kopalni. Wszystko zamknięte na głucho. Oj niedobrze. Miałem sobie uzupełnić zapasy gorącej herbaty przed wyruszeniem w dalsza podroż, a tu kicha. 
 
Stacyjka w Kirunie była ogrzewana... Oooooo.... Ooooooo... Aaaaa... jak ciepło...
 
 
Siedząc na bezludnej stacyjce i podziwiając industrialny pejzaż, zjadłem śniadanko (pół czekolady nieco spłaszczonej w nocy). Kombinowałem gdzie by tu skołować coś ciepłego do termosu, gdy monotonie przewalających się składów z rudą, przewal dosyć dziwny autochton. Młody chłopak, ja wiem, z 15 lat. Wszedł bez słowa do poczekalni, usiadł naprzeciwko mnie, wyciągnął druty i kłębek włóczki, po czym zaczął dziergać skarpetę...  (?) Trochę mnie zaskoczył. Szydełkował w milczeniu jakieś 20 minut, po czym zwinął cały szpej, i bez słowa wyszedł... Ja pierniczę, Monty Python. (jak mam być szczery, to to był tylko nosiciel mojego kuratora. Złożyłem podanie o wcześniejsze przeniesienie do kogoś bardziej normalnego. Niestety, przyszedł tylko na wizje lokalna i przekazać informacje, ze mój wniosek został rozpatrzony negatywnie. Kurna, nigdy się od tego łosia nie uwolnię). Ciapong zjawił się punktualnie co do minuty, mimo ze miał za sobą jedenastogodzinna podroż ze Sztokholmu. A przy okazji, bilet lotniczy kosztował dokładnie tyle samo co kolejowy. Po odwiedzeniu wagonu restauracyjnego i wywołaniu małego zamieszania zamówieniem pół litra herbaty do termosu, usadowiłem się wygodnie z zamiarem podziwiania widoków... nic z tego. (tak, khem, no więc, jakby to powiedzieć. Trochę wczoraj przegiąłem z tym urokiem, no wiecie, nie było czasu na precyzyjne ustawienie mocy, się tego, no... trochę rypłem). Po jakiś pięciu minutach poczułem, ze coś pacnęło mnie w nogę. Patrze w dol... jamnik! Stoi i gapi się na mnie merdając ogonem tak, ze mało mu kuper nie odleci. Kurde mol, psy za kręgiem polarnym są jakieś dziwne. Po chwili psiak hopnął na miejsce obok mnie, rozciągnął się na cała swoja jamnikowata długość, położył łeb na moich nogach i walnął w kimę... Ja pierniczę, co tu się dzieje? Właścicielka psa przydreptała kilka chwil później, nawołując pupilka. Niestety nie zamierzał zmienić miejscówki. Pomimo próśb i gróźb, jedynie wystawił kołka do góry i kimał przy mnie dalej.
 
 
Zdezorientowanej właścicielce nie zostało nic innego jak siąść naprzeciwko, z nieco niewyraźną mina.
 
Za oknem krajobraz zmienił się z lekko pofalowanej, monotonnej równiny porośniętej tym rachitycznym brzozowym lasem na klasyczny pejzaż górski. Miejscowi mówią na ten niby las moors. Wygląda to z bliska tak jakby cały ten bajzel wyrósł na terenie skażonym radioaktywnym opadem. Brzózki są słabe, skarłowaciałe i powykręcane w nienaturalny sposób.
 
 
Po nieco ponad godzinie, wysiadłem na stacji Abisko. No, czas ruszyć dupsko w góry.
 
 
Abisko National Park.
 
Tutaj dopiero zaczęła się tak naprawdę ta część, którą określa się słowami, „poszlajać się po dzikim pustkowiu”. Pierwsze co cie zaskakuje, to światło. Jest niezwykle dynamiczne. Praktycznie w ciągu kilkunastu sekund dolina z zalanej słońcem zamienia się w mroczną i ponurą. Czasami wygląda jak zebra, tu pełne światło, a 200 metrów dalej głęboki, chłodny cień.
 
 
Dyrygentem tego zjawiska są poszarpane chmury, przewalające się w pędzie na kilku poziomach. Wędrując w głąb parku, powoli nabierałem wysokości, czasami będąc niejako pomiędzy kolejnymi pietrami chmur. Wyjący wiatr nadawał im naprawdę spore prędkości. Wiły się i kłębiły kompletnie zmieniając krajobraz w krótkim czasie. Po prostu orgia kształtów i odcieni.
 

 

 
Pojawiło się tez raz halo, ale albo braki moich umiejętności, albo sprzętu, nie pozwoliły mi uchwycić zjawiska na fotografii.
 
Nie wiem jak innym, ale mnie w takich sytuacjach udziela się magia miejsca. (ten łoś też to wyczuł, niedobrze, jeszcze będą z tego kłopoty).
 

 

 

 

 
Śmieszne jest to, ze te góry jednocześnie są martwe i pełne życia. Z jednej strony jesienne szaty kręgu polarnego, nie budzą skojarzeń z czymkolwiek żywym, ale gdy tylko sięgnąć głębiej...
 

 

 

 

 
Po dwóch godzinach marszu spotkałem parkę nastolatków. Taaak, jak nie masz gdzie „poważnie porozmawiać” z dziewczyną /chłopakiem sam na sam, jesteś gotów /gotowa pójść bardzo daleko od wścibskich oczu opiekunów ;) Tu miałem przypadek naprawdę wygłodniałej siebie pary. Minęliśmy się ze dwa razy. Ja ich wyprzedzałem gdy z maślanymi oczami wpatrywali się w siebie na jakimś dobrym do odsapnięcia głazie, a oni mnie, gdy wojowałem ze sprzętem aby sfocić jakiś fajniejszy kadr. 
 
Po jakiś czterech godzinach marszu zrobiło się mniej fajnie, główne piętro chmur opuściło się jeszcze bardziej, a może to ja wszedłem już tak wysoko? Wiatr zrobił się naprawdę silny i wył niesamowicie, grając na urwiskach. Temperatura musiała być niezbyt wysoka, bo łapy wyciągnięte z rękawic grabiały w ciągu minuty. Wszystko pokryła warstewka lodowatej wody, osiadającej z przewalających się przez dolinę białych tumanów. Ale nie tylko aura przeszła na nowy poziom aktywności. Parka wyminęła mnie w pośpiechu po raz trzeci, tym razem sprawiając wrażenie naprawdę zdeterminowanej. Ciekawe co im się tak spieszyć zaczęło? (no pomyśl łosiu, no daj z siebie jeszcze trochę). Coś nie tak z pogoda? (nie-eee) Hmm, aż tak by ich matka natura przypiliła? (blisko, blisko). Kurna, tak czy siak, trzeba trochę przyspieszyć. Do turystycznego campu już nie daleko, szacując na oko, jakiś kilometr. (no i nie zajarzył o co biega, ale co ja się będę przejmował, mam go pilnować, a nie niańczyć, poradzi sobie. Tylko ta aura w dolinie, za dużo tu magii... Taki łoś i Moc to nie jest dobre połączenie...) Oj miałem już dość, było mi zimno, byłem wykończony i urwał mi się pasek od namiotu. Teraz przy każdym kroku obijał mi się o dupsko wytrącając z równowagi. Czas się przyczaić gdzieś na noc.
 
Do Schroniska dotarłem po jakimś kwadransie.
 
 
No tak. Wszystko jasne. Schronisko zamknięte na głucho. Tajemnicza data dwudziestego szóstego września działała i tutaj. Okazało się tez, dlaczego moja znajoma parka dostała takiego motorka w tyłkach. W górskim schronisku, jak to w szwedzkim górskim schronisku, zawsze jest zostawione otwarte pomieszczenie, free dla wszystkich odwiedzających. Tu było nawet wyro koc i kawałek materaca. Zgadnijcie kto się tam umościł? ;) No dobra stary zgredu. Nie przeszkadzaj młodym w zbożnym celu powiększenia populacji Laplandii. Tyle tu szli, to niech coś maja z życia. Zacząłem szukać sobie jakiegoś dobrego miejsca pod namiot. (Cieć, zabieraj tego swojego palanta stąd. Co? Kto to powiedział? O nieee... Tak Panie, zrobię co w mojej mocy Panie. Działaj, jak spartolisz, skończysz jako cieć pewnego prezydenta, pewnego kraju w Europie środkowej. Tak Panie, błagam o litość Panie, natychmiast Panie.) Szlajając się po okolicy znalazłem coś dla siebie. Normalnie cztery gwiazdki. Ma drzwi, sucho, ma dach, bomba!
 
 
Zrobiłem się potwornie senny. Jakby mi ktoś przełącznik w głowie przestawił. (ups) Nawet nie pamiętam kiedy zwaliłem się do śpiwora. Godzinka, dwie i będę jak nowy. Może w nocy znowu będzie zorza. Zobaczymy.
 
Tym razem nie było zorzy. Była za to nawałnica. Obudził mnie łomot deszczu i wichury atakujących wściekle mojego cztero-gwiazdkowca. No tak, ta noc nie będzie obserwacyjna. Niemniej muszę wyjść na moment. (o nie). W moim apartamencie jest sucho i przytulnie, ale zimo domaga się swoich ceremonii. (nieee, nie teraz!). Wygrzebałem się w kompletnych ciemnościach i otworzyłem drzwi... które natychmiast wiatr zatrzasnął z powrotem. Wrrrr... Następnym razem zablokowałem drzwi biodrem i zgięty w pół wytoczyłem się na zewnątrz. O rzesz... dobrze, ze nie miałem takiej pogody wczoraj w dzień, bo bym zawrócił na stacje. W ciemnościach sieczonych deszczem ze śniegiem, wyłuskałem wzrokiem kępkę większych radio-brzózek i popychany wiatrem obrałem właściwy kurs. (nieeee, nie, nie nie. Ty durniu! Cieciowanie prezydentowi to za mało, zrobię cie cieciem Romana! Nie, tylko nie to.) Nim dokuśtykałem te kilkadziesiąt metrów na miejsce, byłem prawie kompletnie przemoczony. Wiatr wciskał lodowate krople dosłownie wszędzie. W pewnym momencie coś w krzaczorach przykuło moją uwagę (Aaaaaaaargh! Łoooj...) Coś tam świeci tak jakby? Trza sprawdzić. Walcząc z wietrzyskiem i malinami (sic!) dokopałem się do mojego znaleziska. Łał, ale zaj...efajna laga! Wyrąbista jest! Biorę! (Tłuku, wiesz chociaż jak potężna broń trafiła w ręce tego twojego łosia? Panie, on nie jest zbyt rozgarnięty, nie będzie potrafił jej użyć, a i pewnie szybko ją zniszczy. Zniszczy!? Nie będzie potrafił?! Ty idioto. To kostur bojowy klasy północny demon. 20 kul ognistych na minute, nośność do 200 metrów, automatyczne ładowanie z aury otoczenia, zdalne sterowanie przez psi, zaawansowany moduł snajperski! Ten miał zdjęte bariery. Już się zakotwiczył.Panie, ale on nie będzie wiedział jak użyć. Nie musi kretynie! Wystarczy, ze się zirytuje i pomyśli, ze chciałby puścić jakiegoś nieszczęśnika z dymem, a ten gun pośle tam kilka kul ognistych... Czaisz tłuku? Ups.).
 
Ranek tez nie był zbyt obiecujący, mimo, ze zrobiło się nieco cieplej. 
 
 
Wiatr osłabł, ale lało równo. Wpierniczyłem resztkę czekolady, zapijając ostatnim kubkiem herbaty. Otukalem się, wziąłem moją znaleźną lagę i ruszyłem. A swoją drogą, Wyrąbista jest nie?
 
 
(O nie, przypisała się! Głownia kostura przybiera kształt duszy właściciela. A tu ewidentnie widać łosia. Już jest jego...)
 
Droga w dół nie była już taka łatwa. Wszystko było mokre, a gdzieniegdzie połyskiwała warstewka lodu. Ślisko jak cholera. Praktycznie szedłem wewnątrz chmur polewany obficie lodowatym deszczem i gradem. Kolejne porcje nasączonej wodą bieli spływały ze szczytów.
 

 
Niewiele wyżej, przybyło sporo śniegu.
 
 
Najgorsze w trakcie wędrówki były momenty, gdy lodowata chmurwa brała cie bezpośrednio w objęcia jednym ze swoich wąsów.
 
 
Aha, idzie następna, ugh, nie lubię, nie lubię.
 
 
Wracałem innym szlakiem, ale tą samą doliną. Po jakichś dwóch, trzech godzinach deszcz przeszedł w mżawkę, a potem zniknął. Niezmordowany wiatr zabrał się za przeganianie chmur. Zszedłem już poniżej głównego pietra. Pod tą lodowatą pulpą ponownie ukazała się pantomima tańca skał i welonów pary.
 


 
Cały czas kombinowałem jak by przemycić moją lagę do samolotu. Kurna, taka bombastyczna suwenira i mam ją tu porzucić? (O, jest jeszcze nadzieja, muszę wzmocnić w nim przekonanie, ze nie ma jak zabrać stąd tego kostura, może się uda...) Cholera jest za wielki. Pogonią mnie z nim z samolotu... Ale pół godziny później znalazłem rozwiązanie.
 
 
 
tia...
 
 
hmm...
 
 
heh!
 
(Co za profan! Zrobił z doskonalej snajperki obrzyna! Jak można być takim barbarzyńcą! I kurde, gdyby ciął o centymetr bardziej w prawo...)
 
No, rach-ciach i teraz już jakoś ją przemycę. W Polandii zrobię jej piękny miedziany szpon i z powrotem będzie miała funkcjonalny sajz. ;) 
 
Po dotarciu na stacje kolejową i odsapnięciu, postanowiłem jeszcze się chwile pokręcić. Do pociągu były prawie dwie godziny, a pierwsze dziury w warstwach chmur zaczęły puszczać nieśmiałe zajączki światła. Znowu nad doliną zaczął się stroboskop. Ale tym razem nie tylko światło grało swoja role, było jeszcze dwóch innych aktorów, woda i lód. A tam gdzie są kropelki wody i kryształki lodu w powietrzu, zaczynają się dziać ciekawe zjawiska, na przykład tęcze wyścigowe ;)
 

 
Były naprawdę szybkie ;) Pomykały prawie z prędkością chmur, tuz przy powierzchni, pojedynczo lub parami. Strasznie śmieszne zjawisko. Po wejściu w głąb jednego z okolicznych wąwozów
 
 
udało mi się tez dorwać efekt świetlny który roboczo nazwałem sobie flarą. Nie wiem jak powstaje i jak poprawnie należy go nazywać. Polega to na tym, ze w górę od tarczy słonecznej widać slup białego światła, wysoki na kilkanaście stopni. Próbowałem go focić, ale efekt niestety totalnie beznadziejny
 
 
Ma ktoś pojęcie jak takie coś się nazywa? Flara oficjalnie to chyba coś innego. Podejrzewam, ze odpowiedzialne za to zjawisko były kryształki lodu, gnane gdzieś wyżej przez wiatr.
 
Tak czy siak. Czas wracać. Tym razem podroż do Kiruny odbyła się bez żadnych anomalii. Skonany i głodny wylądowałem w Kirunie o zmierzchu. Znowu zaczęło padać. Po złażeniu całego miasteczka we wszystkie strony znalazłem czynny hostel gdzie za 160 SEK dali mi wyro w czwórce. Prysznic... o taaak... No to jeszcze raz!... o taaak... No to jeszcze raz!... No czego wali. Już wychodzę. Kurna co za szwedzica wredna. I tak jesteś brzydka. No dobra, o czwartej rano trza wyrywać na lotnisko. Czas w kimę, bo będę tak skacowany w biurze, ze w klawisze nie będę trafiał. 
 
-Heloł majfrjend!!! Hyp. Arjusliping?!!! Łerar jufrom?!!!
 
Co? Zieeew. Ale osssochodzi?
 
-Hał arju?!!! Hyp. Ajem from Niuziland!!! Ołkland meeen !!! Hyp. Łudju lajk tu si maj fotos?!!! Ajw tajken grejt fotos in majn!!! Ajl szoł ju!!!
 
No myślałem że zatłukę gościa termosem. Spać! Chce spać tłuku! Nie chce oglądać twoich fotek z kopalni napruty postrzygaczu owiec! Idź mi stąd w cholerę! (Dobrze, ze pomyślał o termosie, kostur już się zaczął automatycznie ładować.) Niestety, gościu był niezniszczalny. Darł ryja i obijał się po pokoju z godzinę. W końcu obwieścił, że idzie zapalić, sieknął drzwiami i polazł. Kilka sekund później usłyszałem łomot na klatce schodowej. Hehehe. Po kolejnych kilku minutach miałem wrażenie, ze słyszę odgłosy puszczanego pawia. Moje morale znacznie wzrosło. Gościu był już wyraźnie na pochyłej zejściowej. Obudził mnie jeszcze raz obijając się po ścianach w drodze do wyra. Rany, ale wyrżnął łbem o ścianę zwalając się w kimę. Aż mi zęby zadzwoniły. 
 
Kilka minut później zaczął chrapać... 
 
O czwartej rano wstałem, ubrałem się i ruszyłem w kierunku lotniska. Nie omieszkałem zrobić tego tak głośno, jak to tylko było możliwe ;) 
 
Ostatni epizod miał miejsce już w samolocie. Odprawiając ceremoniał rozkoszowania się cudownie gorącą herbatą w ...onym gorącym papierowym kubku, usłyszałem podniecone glosy pary Japończyków za moim fotelem i terkot migawek. Co jest? Wyglądam przez okno i już jasne. Tego ranka pod Austerlitz wzejdą dla nas dwa Słońca... Wypaśny widok... Niestety moje 300D leżało grzecznie w luku bagażowym. Ni ma fotek... Ale piękne „do widzenia” zafundowała mi Laplandia...
 
"I'll be back!" 
 
Policzyłem wam coś. 
 
 
 
Będzie o tym jak dorwać zorze w Skandynawii startując z Polski. (jeden weekend - 3 noce wylot w piątek po południu, powrót w poniedziałek rano)
 
Macie generalnie dwie względnie tanie drogi. Przez Sztokholm lub przez norweski Narvik i kombinacje przez oba z tych miast. (wszystkie ceny podaje za bilet w jedna stronę)
 
Z tanich linii lotniczych proponuje zanurkować do norvegian.no i flynordic.com. Czasami bilety tam są naprawdę tanie. Jeżeli zaplanujecie to wcześniej, to z norvegianem skok do Sztokholmu będzie was kosztował jakieś 200pln stamtąd flynordic zabierze was za krąg polarny (np. do Kiruny) za ok. 600-800pln. Jeżeli nie lubicie spać pod tentem, to noc w najtańszym hostelu (wieloosobowa sala) będzie oscylować w okolicach 150-250 SEK czyli od jakiś 70pln w gore. Ta góra to np. 1200SEK za apartament w Scandic'u w Kirunie. Noc w górskim schronisku (o ile jest otwarte) to ok. 100-200pln. Bilety kolejowe na lokalnych dystansach na północy możecie sobie mniej więcej przeliczać 1pln za kilometr. Czasami jest taniej. Lecąc przez Narvik (da się to zrobić bezpośrednio z Krakowa i Warszawy) koszt wyniesie ok. 600pln (o ile porezerwujesz wszystko wcześniej) tak wiec koszt dorwania kręgu polarnego zaczyna się w okolicach 1200pln do 2000pln (bilet x2). Do tego kosztu trzeba doliczyć koszty kręcenia się na miejscu i noclegów. Od ok 300pln (tylko koszt trainów) do ok. 700pln jeżeli postanowimy dorwać sobie kawałek wyra w jakimś tanim miejscu. Można tez pociągiem. Koszt biletu ze Sztokholmu do Kiruny to ok. 600-800pln. Ale ze jest to ciapąg nocny, to odpada wam koszt przekimania. Pociąg dociera na miejsce pomiędzy dziesiątą a jedenasta rano.
 
Tak wiec, nawet mniej niż Nagler 31... ;) Tylko pamiętajcie, nie każdy jest takim łosiem, aby porywać się z namiotem na krąg polarny jesienią lub zima... A to własnie wtedy jest na tyle ciemno, aby zobaczyć aurora borealis... Trza mieć dupsko obite blacha, inaczej koszty rosną ;)
 
I wyliczanka:
 
bilet lotniczy w jedna strone:
 
WAW>STO = OK 200-300pln (np. Norvegian.no, o ile pamiętam to lata tez z Krakowa)
STO>KIR = OK 600-1000pln (np. FlyNordic.com - tu ceny bardzo dynamiczne, bywają extra promocje)
 
opcja przez Narvik lub Stravenger
 
KRA>NAR = od 600pln w gore (np. Norvegian.no, ale bywa tez niezłe połączenie kombinowane WAW>OSL>NAR za podobna kasę, trzeba się przeryć przez skyscanner)
 
Bilety lokalne:
 
Ok. 1pln per 1 kilometr. Generalnie bardzo mało połączeń, Uważać na taksówki. To droga zabawa. Koszt dojazdu z lotniska do Kiruny to fix price 350SEK. a to tylko kilka kilometrów)
 
Noclegi:
 
Hostele i górskie schroniska = 150-400SEK za noc (70-200pln)
Hotele = 450-1200SEK (uwaga w Norwegii drożej. Taryfa ok x1.5)
 
Jedzonko:
Obiad w knajpie = ok. 50-150pln
Butelka wody 1.5L = 10pln
Chleb = ok. 10-15pln
Kanapka w pociagu = 20-30pln
 
Tak sobie jeszcze myślę, że można by pogrzebać przy trasie do Murmańska. albo szwedzkiej Lulea. Tylko nie mam pojęcia jak tam z infrastruktura jest. 

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok