Tam gdzie rodzą się tęcze

Poniosło mnie w miejsce, które mało kto kojarzy z ośnieżonymi górami, palmami i ludźmi mówiącymi w dziwnym, śpiewnym języku. Mnie zaskoczyło tu tak wiele rzeczy, że zacząłem się zastanawiać, jak totalnie błędne są moje opinie o miejscach o których uczyli mnie na lekcjach geografii w szkole.

 
The day before.
 
 
- O, cześć Marcin! Idziesz z nami na lunch? 
- Nie dzięki, muszę odkopać parę informacji w sieci, a teraz jest chwila czasu.
- Czego szukasz? 
- Map parków narodowych w okolicy.
- ...
 
Zapadła nieco niezręczna cisza. Wrrr... mój angielski nie jest zbyt wysokich lotów, a takie tłumaczenia po co i dlaczego to proszenie się o wpadki. 
 
- Planuje odwiedzić jeden z okolicznych rezerwatów w weekend. Jeszcze się nie zdecydowałem który.
- Naprawdę? To niezwykłe! Nie szukaj na rozkładach autobusów. Koło hotelu jest centrum turystyczne. Tam ci w informacji wszystko powiedzą. Są firmy które organizują jednodniowe wycieczki objazdowe w okolicach miasta. Wiem, że mają przystanki również przy Cliffs of Moher. Byłem tam jeszcze na szkolnej wycieczce, autokar zatrzymuje się tam na pół godziny. Można spokojnie wejść na view point porobić zdjęcia, Jest winda też i jest restauracja na dole....
 
Wrrrr... Najgorsze jest to, że to mój zwierzchnik. Nie mogę tak po prostu powiedzieć żeby polazł już na ten obiad i nie zawracał tyłka. Po południu nie będę miał czasu tego szukać. 
 
- ... i jest też sklep z pamiątkami. przy muzeum kawałek dalej. Tam tez zatrzymują się autokary turystyczne. Bardzo fajne prezenty na gwiazdkę można tam dostać. Niedrogo. Można też popłynąć statkiem chyba, ale długo się płynie...
 
Wrrrr... Gościu, za chwile doprowadzisz mnie do nerwicy. Ja naprawdę muszę odkopać te informacje. Nie jesteś głodny?
 
- ... te autobusy to mają takie logo z czarnym lwem, odjeżdżają z tego samego miejsca co dalekobieżne.
- Dziękuje za informacje. Wpadnę do tego centrum turystycznego. Ale myślałem raczej o odwiedzeniu tego parku na północnym zachodzie.
 
Mój rozmówca zamilkł i podążył wzrokiem ku monitorowi gdzie właśnie wyświetlał się deskrypszyn mojego celu. Kurna, aż tak beznadziejne mam pronunsjejszyn, że trzeba sobie jedno moje zdanie tłumaczyć po cichu prze minutę?
 
- Tam? O tej prze roku? 
- Coś nie tak? Są jakieś ograniczenia wstępu poza sezonem? 
- Nie, nie, tylko... No wiesz, to są góry. To ponad sto kilometrów stąd. Jest grudzień. To bardzo bezludna okolica, no i pogoda jest tam bardzo ostra o tej porze roku. 
 
Tia... góry... właśnie widzę 500 - 600 metrów najwyższe punkty na mapie. Co prawda startują praktycznie z poziomu morza, więc wysokości bezwzględne będą całkiem pokaźne, ale reszta brzmi zachęcająco, zdaje mi się, że usłyszałem "uninhabited" jest dobrze!
 
- To świetnie. Lubię takie miejsca. 
- Oh, no tak. Mam nadzieje, że masz dobre wyposażenie.
 
Pewnie gościu, moje baltsporty przetargałem przez krąg polarny, dam se rade.
 
- Tak, jestem przygotowany na ciężkie warunki.
- No tak, no tak... To ja lecę na lunch. Ale jakby rano była zła pogoda, to polecam Cliffs of Moher. Naprawdę fajne miejsce.
- Dzięki.
 
No, polazł. Bezludna okolica... to naprawdę zaczyna być ciekawa opcja... Satelita jednak jest bezlitosny.
 
Tomorrow Saturday will be very cold with sunny spells and showers. 
The showers will be heavy and frequent across the north and west with falls of hail and sleet.
 
Tia... zapowiada się średnio pod tym kątem... ale to drobiazg, najważniejsze , że znalazłem autobus który z mojego miasteczka dostarczy mnie praktycznie pod sam park. Trochę skucha, ze jedzie tylko jeden i wraca tylko jeden na dobę. Jak się spóźnię, to będę miał rękę w nocniku. No i tylko niecałe cztery godziny działań operacyjnych na miejscu. Trza się będzie śpieszyć. Na wszelki wypadek skoczę do tego centrum informacyjnego, czy nie ma tam w okolicy jakiegoś schroniska albo hostelu. Bo w sieci pusto, a dobrze mieć coś w odwodzie w razie komplikacji.
 
5 godzin później, kompletnie przemoczony, wpadłem do centrum informacyjnego. Wielka hala, pełno gigantycznych plakatów jakiegoś Volvo Ocean Race. Stojaki z folderami promocyjnymi, jakieś ulotki, broszurki i inne badziewia wiszą na każdej wolnej przestrzeni. Rozglądam się i widzę, że wpadłem w kłopoty. Za wyglancowanym jak psie jajca kontuarem siedzą 4 kobiety. Dwa nastoletnie kurczaki. Jedna tęga kwoka i jedna wiekowa matrona, która obliczem kojarzy się raczej z ptakiem drapieżnym... głodnym... i wszystkie wpatrują się w całkowitym milczeniu w jeden punkt gdzieś za moją głową. Drzwi z lekkim, kliknięciem zamknęły się za mną. Zapadła cisza. O cholera... Na wszelki wypadek odwracam się, czy nie stało się coś na ulicy. Niestety nie. To jednak we mnie się wpatrują. Kurna, jak podejdę do gargulca, to pewnie za cholerę się nie dogadam. Często nie rozumiem angielskiego starszych ludzi. Najlepiej było by podejść do tej babeczki przy kości, ale siedzi w środku. Musiał bym przeparadować obok kurczaków albo gargulca. Co bym nie wybrał, ktoś się obrazi... Zostają kurczaki.... więc pewnie wyjdę na seksistę które myśli tylko o jednym... Kurde, o czy m ja myślę! Ale klimat podłapałem, to przecie zwykłe tjurist informejszyn, a nie bankiet u królowej z pełną etykieta. Idę. 
 
- Heloł, Hał łiken helpju?
- Eee, nooo, znaczy sie... Ajłud lajk tunoł tat any hostel in konemara arja is.
- A to dobrze trafiłeś , zaraz sprawdzimy. 
 
I obie wyszczerzają się do mnie od ucha do ucha. No tak. Polacy są wszędzie. Po trzech minutach wiedziałem już wszystko. Tyle, że nie były to najlepsze wiadomości. Owszem jest jeden hostelik, ale czynny tylko w sezonie. 
 
- I pamiętaj, że tam nie każdy mówi po angielsku.
- Luzik ja też nie.
 
Nastolatki po drugiej stronie klawiatury pokręciły z uśmiechem głowami.
 
- Ciebie można zrozumieć bez problemów w przeciwieństwie do wielu miejscowych. 
 
Odprowadzony ubawionym spojrzeniem dziewczyn, niechętnym kwoki i pełnym dezaprobaty gargulca opuściłem centrum informacji turystycznej. Przynajmniej przestało padać, może nie będzie tak źle.
 
Palmy wśród śniegów
 
Niestety pogoda okazała się złośliwa. W sumie normalka, niczego innego po niej się nie spodziewałem. W strugach deszczu dotarłem na dworzec autobusowy.
 
 
Tia... chyba mam mały problem... A który to autobus? Bo stanowisk jest osiem, a cwaniaki włączają tablice z numerem dopiero jak odpalają rakietoplan na 5 min. przed trasą. Czyli będę tak drałował , w te i nazad po całym dworcu, licząc na to, że zdążę zanim odjedzie. (punkt informacyjny i kasy są w soboty zamknięte). A co tam, spytam miejscowych. Będą wiedzieć.
 
- Niestety nie wiem. A nie ma gdzieś informacji w poczekalni? 
- Przykro mi, nie mam pojęcia, nawet nie wiedziałam, że jest taki autobus.
- Czterysta dziewiętnaście? O dziesiątej? A dokąd on jedzie?
- Nie mam pojęcia, może tam z lewej.
- Gdzie? Do Clifden? Nie mam pojęcia. 
- Nie ma takiego autobusu.
 
Kurde , zaczynam się robić niespokojny. Może coś pokręciłem. Zaglądam jeszcze raz w papiery. Numer się zgadza, tabela kursów zimowa, z dworca głównego.. To jest dworzec główny. O dziesiątej. Zegarek mam przestawiony na czas lokalny... Coś tu jest nie tak. Widzę kierowcę jednego z autobusów. My last chance. 
 
- Skjuzmi, Kudaj ask łanting?
- Siur.
- Łeris stlotof 419 lajn?
- 419? Its namber for.
- Thankjuwerymacz.
 
Noooo, czyli gra gitara. Po prostu miejscowi nie mają pojęcia o niczym poza tym autobusem którym jeżdżą... choć z drugiej strony, to oznacza, że tą linią mało kto jeździ... ciekawostka. Zająłem strategiczną pozycję przy stanowisku numer 4. Hmmm, dlaczego stoję tu sam? Za 10 minut odjazd... Za 5 minut... A ciągle jest to najbardziej pusty kawałek dworca. Kurna zaraz jakieś schizy zacznę łapać. O! Japończyk! Przyszedł i zaczął się gapić. Gdy zorientował się, że zacząłem robić dokładnie to samo, tylko z nim jako celem, dygnął jak panienka i uciekł za filar. Po krótkiej szamotaninie z za filara wychylił się ogromnych rozmiarów album z jakimś pałacem na okładce. Filar zaczął czytać... Zaczynam świrować. Normalnie zaczynam głupieć w tym kraju. Tu nic nie jest normalne. Ciągle pada, ludzie łażą po ulicach z kubkami z kawą, jest więcej barów niż sklepów, jeżdżą po niewłaściwej stronie ulicy... i gapią się na ciebie jacyś Japończycy... zamiast robić na prawo i lewo zdjęcia.
 
Z paranojki wyrwało mnie odpalenie silnika autokaru. No ładnie, przegapiłem przyjście kierowcy. Zarzuciłem plecak i już miałem wsiadać, gdy coś mnie tknęło. Spojrzałem za siebie. Mój znajomy Japończyk niepewnie wyglądał z za filara. Gestem przepuściłem go przed sobą. Uśmiechnął się z wyraźną ulgą i podreptał do autobusu... Hans, weź się w garść, nie dzieje się nic nienormalnego.
 
Kierowca wyglądał na kompletnie zaskoczonego.
 
- O, pan też do Letterfrack? Zapraszam, miłej podróży.
 
Co znaczyło to "też"? Co jest takiego dziwnego w tym, że mam bilet do jednego z przystanków na trasie tej linii? I gdzie są wszyscy do cholery? Drzwi sie zamknęły. Autobus ruszył niewłaściwą stroną ulicy, w głośnikach rozbrzmiało country. O w mordę...
 
Po godzinie jazdy dzwoniło mi w uszach od atakującego z głośników umpapa. Autobus monotonnie przeciskał się wąskimi szosami po niewłaściwej stronie jezdni z dwoma pasażerami, mną i Japończykiem. Za oknami lało. Co kilkadziesiąt kilometrów nasz rakietoplan zatrzymywał się na środku drogi (blokując prawie całkowicie ruch) otwierał drzwi na dwie trzy minuty, zamykał i ruszał jak duch dalej. Skład pasażerów pozostawał stabilny... btw, jeśli waszym zdaniem polskie drogi są w fatalnym stanie, to koniecznie musicie przejechać się po prowincjonalnych trasach tego pięknego kraju. Możecie się bardzo zdziwić, jak szerokie i wygodne są drogi w Polsce. Po kolejnych dwudziestu minutach krajobraz za oknami zaczął się powoli urozmaicać. Pojawiły się też ciapki błękitu w ciemnoszarych zwałach ciężkich od deszczu chmur.
 

 

 
10 min po czasie w stosunku do rozkładu, mój dyliżans dotarł do celu. A tak , nasz dyliżans, proszę przodem. Japończyk ponownie podziękował dygnięciem za pierwszeństwo przeciśnięcia się przez drzwi i wytoczyliśmy się na parujący wilgocią asfalt. Drzwi syknęły, autokar odjechał, a dwóch alienów stało na krawężniku tego zadupia bawiąc się w wilka. Jestem dobry w wilka, potrafię długo nie mrugnąć.
 
-Hałarju?
 
Uh... zaskoczył mnie.
 
-Tanks amfajn. Potrzebujesz jakiejś pomocy?
- Nie, nie. Chciałbym tylko spytać czy też jesteś architektem?
-Kim? Eee, nie. A dlaczego miałbym nim być?
- Oh, przepraszam, to nieporozumienie. Po prostu jest tu taka bardzo ważna dla architektów budowla. Myślałem, że może też przyjechałeś ją zobaczyć.
 
Rozglądnąłem się po okolicy, kilka chałup, jakiś mały kościół, nie wygląda na stary, palmy, krowa, traktor...
 

 

 

 
- Naprawdę? Która? 
- Nie widać jej stąd, jest chyba za tamtym wzgórzem, to budowla z XVII wieku z dachem jumajocośtamcośtam. Studiuję architekturę w Londynie, pomyślałem , że nie mogę przepuścić takiej okazji, więc w weekend postanowiłem wyskoczyć tutaj i zobaczyć na własne oczy.
 
Opadła mi kopara. Ja pierdziu, gościu przytargał tysiąc kilometrów swoje cztery litery, żeby zobaczyć jakąś stodołę. Szacun.
 
- Ja tu przyjechałem, żeby powędrować po parku narodowym Connemara.
- ... Po parku narodowym? A tak, chyba jest tu jakiś park narodowy. Skąd jesteś?
- Z Polski.
- ?
- Moja firma przysłała mnie do Galway na kilka dni. Ale weekend mam dla siebie, wiec oglądam sobie okolice.
 
Tym razem w jego oczach dało się dostrzec opad kopary.
 
- Naprawdę? Gdzie jest wejście do tego rezerwatu?
- Nie mam pojęcia, ale powinno być gdzieś na wschód. 
- No tak, szerokiej drogi. 
- Dziękuję, miłego oglądania dachu.
 
Ale kosmita. W sumie to jednak niezły koleś, ewidentnie ma pasje. Tak czy siak, czas ruszać. Przeciąłem wiochę w poszukiwaniu wejścia do parku narodowego. W sumie nieźle się tu miejscowi urządzili. Kilka chałup, sklep spożywczy, szkoło-poczto-bank, sklep z gwoździami i... tak , 6 pubów! Masakra. W połączeniu z widoczkami jakie mają z okna, to żyć nie umierać.
 

 

Z ciekawostek to jeszcze to, że o ile reklamy na sklepach są w dwóch językach, o tyle na ogłoszeniach angielskiego już nie uświadczysz. Nieźle sie trzymają :) 
 
Wszedłem w las. Las? Trochę to wygląda jak stary park, ale z opisu przy początku trasy jasno wynikało, że jest to jakiś wyjątkowo rzadki las bagienny... Hmmm, no w sumie rozumiem, torfowisk mają to od groma, ale las to faktycznie niecodzienne tu zjawisko. W sumie całkiem fajny.
 

 

 
Co i już? Po lesie? Szedłem może 10 minut... No nic, nie dziwić się. Aha, widzę target mojej wyprawy. Bajerro.
 
 
No to w drogę, trza kontrolować czas. No i co się gapisz? Turysty nie widziała? W sumie to zauważyliście, że paradoksalnie owce są mistrzami w wilka? Mogą się na ciebie w bezruchu gapić godzinami.
 
 
Po wejściu głębiej w park utwierdziłem się w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Ta okolica jest niesamowita.
 

 

 

 

Tylko dlaczego znowu wali mi w pysk sniego-grado-deszczem? Wrrrr...
 
 
O! Widać Moyard! Ten zameczek nad jeziorem to podobno jakaś główna atrakcja okolicy. Tylko ja jak zwykle nie jestem w sezonie, więc nie ma sie za bardzo co podniecać.
 
 
W miarę jak nabierałem wysokości widoki zaczynały się robić coraz bardziej magiczne. Charakter terenu także zaczął dryfować ku bardziej górskiemu. Zasapałem się trochę ponaglany rozkładówką linii 419 ale wszystko pod kontrolą widać już szczyt.
 

 

 

 

No tak, normalka, na szczycie wpakowałem się w chmurę i g. widać. Czekałem kwadransik ale udało mi się machnąć tylko jedną fotkę w dziurze. No nic, nikt nie mówił, że będzie lekko.
 
 
Schodziłem innym szlakiem, poprawiała się też chwilami pogoda. Niektóre momenty były po prostu masakryczne. Sporej części z tych zdjęć nawet nie tknąłem suwakiem! Genialne.
 

 

 

 

 

 

Do granic parku dotarłem na kwadrans przed planowanym odjazdem autobusu. Trochę ciasno, ale tu mi się wydaje, że tą polną drogą da się trochę skrócić... Nie ma to tamto, czasu trochę mało. O, cześć dziewczynki. Oj, cześć chłopaczku. Luzik boy... nic nie zaszło. Jestem baaardzopowoliporuszającąsięskałą... Nie denerwuj się... mnie tu nie wcale niema... O cholera!
 

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok